Nie dotykać

Tato, załóż buty! – woła do mnie Gutka.

Buty? A gdzie chcesz iść? I dlaczego założyłaś kalosze skoro na zewnątrz jest prawie 40 stopni i od dawna nie ma „pada deszczu”?

Pobawimy się w muzeum, ale musisz założyć buty – córka nie daje za wygraną.

Nie chce mi się zakładać butów, ale możemy się pobawić w muzeum. A jak będziemy bawić się w muzeum?

W wakacje odwiedziliśmy malownicze Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach. Miejsce jest naprawę urocze, a to z tego względu, że znajduje się na terenie Słowiańskiego Parku Narodowego. Takie położenie daje oddech oku i stanowi azyl przed współczesną architekturą wczasową. Żeby było ciekawiej, wybraliśmy się w czasie tzw. „dni w słowińskiej zagrodzie” czyli prezentacji zajęć dawnych mieszkańców Kluk. Jak możemy przeczytać na stronie muzeum, w tym czasie: „w rybackich izbach z 1917 roku ubija się masło w kierzynce i gotuje kartoflankę, przędzie nici na kołowrotku i tka krajki na deseczkach, kręci powrozy, szyje sieci rybackie i wyplata kosze”.

Skanseny to generalnie zabawny ale ciekawy pomysł. Coś w rodzaju zamrożenia naszego wyobrażenia o tym jak wyglądało życie chłopa, taki mieszczański park rozrywki w którym bohaterem jest uporządkowana wieś i jej codzienność.

Jak zauważyła historyczka sztuki i antropolożka Ewa Klekot „[k]olekcjonowanie i odkrywanie to dwie strony tej samej monety: budowania nowoczesnej relacji ze światem; relacji ujmowanej z jednej strony za pomocą metafory naukowego podboju, a z drugiej ocalania skarbów, którym ten podbój zagraża”.

Muzeum znajduje się w samym centrum wsi, w kilku chatach po obu stronach drogi. Sprawia to wrażenie pewnej naturalności, jakby całą wieś była żywym skansenem. Do obejrzenia obejść zapraszają malwy i słoneczniki, porozumiewawczo strzygą uszami zatknięte na płocie gliniane dzbanki.

Pierwsze chaty z ekspozycją o historii i idei muzeum właściwie przebiegliśmy. Robimy zdjęcia tablic „na później” i lecimy dalej. Z dziećmi nie jest łatwo przeczytać tak wiele teoretycznych plansz. Wystarczy, że kiedyś wytłumaczyłem Gutce czym jest etnografia.

Tato, bawmy się w muzeum!

Dobrze, już się bawimy. Ale na czym ma polegać ta zabawa?

Pokazaliśmy więc córkom jak zbudowana jest dawna chata, że kiedyś były takie piece z fajerkami, gliniane garnki, plecione kosze, naftowe lampy, itd. Jednak główną atrakcją ożywiającą puste kąty dawnych słowińskich chat miały być wspomniane prezentacje zawodów. W końcu udało się! Na kolejnym podwórku spotkaliśmy tkaczki i powroźników, był też pan który rzeźbił buty dla koni, dziewczyna piorąca na tarze, a w kolejnych chatach siedziała pani gotująca kwaśną zupę i jej kuma smażąca konfitury i inni. Najlepiej rozmawiało się nam z twórcą końskich „chodaków” – nazywają się one „klumpy”. Nie byliśmy natomiast przygotowani na opłatę w gotówce za smakowanie konfitur i gofrów. „Mieszkańcy” skansenu swoje zajęcia odgrywali z mniejszym lub większym zapałem, co jak sądzimy jest efektem generalnie niewielkich pensji w placówkach kultury. Zabawne było natomiast to, że „uruchamiali się” na widok zwiedzających.

Na sam koniec trafiliśmy do chaty z wystawą poświęconą dzieciństwu. Oto kąt w chacie, rodzaj kojca – piaskownicy, na górze zawieszona huśtawka, w drugim pomieszczeniu kilka zabawek na półkach i w gablotach. Na ścianach wiszą zdjęcia dzieci z czasów powojennych i lat siedemdziesiątych oraz osiemdziesiątych. Trzeba przyznać, że fotografie są dobrane znakomicie i świetnie pokazują przemianę oraz czas modernizacji wsi czasów PRL. Duża cześć zdjęć pochodzi ze zbiorów NAC.

Wszystko fajnie, dzieciaki nawet słuchały i oglądały, ale ta zamknięta huśtawka i zabawki! Każdy kto był dzieckiem poczuje absurd tej sytuacji. Płacz. Bum bum (huśtanie) mówi Gaja, Gutka w tym czasie próbuje sforsować barierkę by trochę się pohuśtać. Ale wiadomo, co zabytek to zabytek. Czujne oko pracownika od razu zauważyło próbę podważenia porządku. Nie wolno, to nie wolno. Ach, gdyby tak można inaczej, zrobić nie tylko otwartą huśtawkę dla dzieci, ale oddać całą chatę do dotykania, chodzenia, krzesła do siadania, łóżka do leżenia, garnki do zaglądania, kubki do picia, instrumenty do grania!

Kolaż z użyciem figurynki Guty.

Pobawmy się tak, że ja będę taką rzeźbą z wózkiem, a ty z przyjdziesz z Gają, będziesz wszystko oglądał, a ja później pójdę z wami do domu. I można tu wszystko dotykać.

Haha. Świetne! Już idę, tylko naleję sobie kawy.

Wczułem się w rolę ojca odwiedzającego muzeum. Zachęciłem Gaję, kupiliśmy bilety i zaczęliśmy nieśmiało rozglądać się po pokoju, który był scenografią naszej gry.

O, a tu są dawne instrumenty – zagaiłem.

To jest takie muzeum gdzie wszystko można dotykać – przypomniała mi Gutka.

Ekstra! Kilka razy uderzyłem pałkami w naszą domową perkusję.

Gaja chętnie dołączyła się do gry. Popatrz, a tu jest piec, taki jaki kiedyś kiedyś był używany w chatach. Wskazałem na naszą kuchenkę elektryczną. Na nim robiło się pyszne zupy. W tym momencie spróbowałem czy nasz domowy klasyk czyli kokosowa pomidorowa z Jadłonomii jest już gotowa. Z miną kustosza obejrzałem z Gają jeszcze parę kurzołapów, ale kątem oka zauważyłem niecierpliwiącą się Gutę.

O, zobacz, pokazuję Gajce, a tu jest taka rzeźba dziewczynki z dawnych czasów. I ta dziewczynka, miała takie wysokie buty oraz wózek z lalką. Dodam, że wózek to taka deska na kółkach ze starego tapczanu, którą z nudów zmajstrowałem dla uciechy córek. Uwielbiają wozić się nią po mieszkaniu.

Gutka ma poważną minę, demonstruje wózek i kalosze. Wygląda świetnie, nie wytrzymuje jednak i wyjaśnia, że kiedyś, kiedyś takie wózki miały dzieci i nie było rowerów i plastikowych zabawek, i że dzieci bawiły się tym, co miały pod ręką lub tym, co im ktoś skonstruował.

Muzeum wymyślone przez Gutkę okazało się być bardzo ciekawym miejscem nie tylko dla dzieci, zupełnie innym niż te, które znamy z rzeczywistości. Muzeum za często skazują nas na oglądanie, kiedy tak naprawę poznajemy świat wszystkimi zmysłami. Można dotykać i wąchać po kryjomu, można też ratować się kopiami przeznaczonymi dla niewidomych. Kiedyś z Gutą i Gają zrobiliśmy tak podczas wycieczki w Muzeum Etnograficznym – białe kopie indonezyjskich masek wydawały nam się znacznie ciekawsze niż oryginały za pancerną szybą gablot. Wyświetlacze i dotykowe ekrany wszystkiego nie zmienią. Skoro wiszą huśtawki, chcemy się na nich huśtać!

Tato, pobawmy się muzeum, ale w takie gdzie wszystko można dotykać.

Fragment wypowiedzi Ewy Klekot pochodzi z wydanej w tym roku książki „Kłopoty ze sztuką ludową”, wyd. Terytoria.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s